OECD ostrzega, że bez korekty polityki francuski dług może wejść na ścieżkę, która z czasem będzie coraz trudniejsza do politycznego odwrócenia. W debacie pojawia się poziom 117,5 proc. PKB oraz projekcje sięgające znacznie wyżej w połowie stulecia. Takie liczby łatwo zbyć jako abstrakcję. A jednak to właśnie procent PKB decyduje, ile przestrzeni zostaje państwu, gdy przychodzi kolejny kryzys.

Francja nie jest małą gospodarką na peryferiach. Jest drugą gospodarką strefy euro, państwem atomowym, militarnym i politycznym centrum Unii. Jeżeli ona ma problem z trajektorią długu, to nie jest wyłącznie francuska księgowość. To pytanie o wiarygodność całej europejskiej polityki gospodarczej: jak finansować obronność, transformację energetyczną i starzenie społeczeństwa, gdy rachunki z poprzednich dekad nie znikają.

Najbardziej mylące jest porównywanie długu do długu domowego. Państwo nie działa jak rodzina z kredytem, bo ma podatki, bank centralny w tle systemu, własną walutową architekturę strefy euro i zdolność rolowania zobowiązań. Ale z tego nie wynika, że dług nie ma znaczenia. Ma, tylko działa inaczej: przez koszty obsługi, zaufanie inwestorów, ratingi, spory z Komisją Europejską i mniejszą elastyczność w kryzysie.

Co naprawdę się zmienia

Francuski problem jest tym trudniejszy, że dotyka modelu społecznego. Każda próba cięcia wydatków może zostać odebrana jako atak na usługi publiczne i bezpieczeństwo socjalne. Każda próba podnoszenia podatków może wzmacniać przekonanie, że państwo jest kosztowne, ale nieskuteczne. Każda reforma emerytalna trafia w kraj, który już pokazał, że potrafi protestować masowo i długo.

To sprawia, że politycy często wybierają język odsuwania decyzji. Deficyt jest dziś, konsolidacja jutro. Reforma jest potrzebna, ale po wyborach. Wydatki są nadzwyczajne, ale nadzwyczajność trwa kolejny rok. Taki język działa, dopóki rynki wierzą, że państwo w razie potrzeby ma plan. Gdy wiara słabnie, koszt długu zaczyna pisać własną politykę.

Dług publiczny jest też niewidzialną konkurencją dla przyszłych wydatków. Euro przeznaczone na odsetki nie buduje szkoły, nie skraca kolejki do lekarza, nie kupuje amunicji i nie modernizuje sieci energetycznej. Oczywiście państwo może się dalej zadłużać, jeśli inwestycja zwiększa przyszły wzrost. Problem zaczyna się wtedy, gdy coraz większa część długu finansuje bieżącą trudność utrzymania modelu, a nie jego przebudowę.

Gdzie jest koszt i ryzyko

Francja ma jednak zasoby, których nie mają słabsze gospodarki: duży rynek, mocne firmy, kapitał ludzki, infrastrukturę, energię jądrową i polityczną wagę w Europie. To dlatego kryzys nie jest przesądzony. Ale zasoby nie zastępują decyzji. Mogą jedynie kupić czas. A czas jest najcenniejszy wtedy, gdy używa się go do zmian, nie do spokojniejszego odkładania zmian.

Dla Polski francuska debata jest ostrzeżeniem z przyszłości. Starzenie społeczeństwa, obronność, zdrowie i inwestycje nie będą tańsze. Państwo, które chce obiecywać dużo, musi jednocześnie pilnować wiarygodności finansowej. Inaczej w pewnym momencie program wyborczy zderza się z tabelą odsetek.

Najważniejsze pytanie nie brzmi więc, czy Francja przekroczy konkretny próg w tym czy innym roku. Brzmi: czy potrafi jeszcze uzgodnić reformy zanim presja rynków i instytucji europejskich zrobi to za polityków.

Co warto obserwować

W relacji 117,5 proc. PKB najważniejsze nie jest samo pierwsze wrażenie dużej liczby. Ważne jest to, że dług jest liczony wobec gospodarki, która musi rosnąć szybciej niż koszt obsługi zobowiązań, jeśli ma utrzymać swobodę ruchu. Gdy wzrost jest słaby, a oprocentowanie wyższe niż w epoce taniego pieniądza, nawet stabilny poziom długu zaczyna ważyć mocniej na budżecie. Matematyka długu robi się wtedy mniej spektakularna, ale bardziej bezlitosna.

Francuski spór pokazuje też, jak trudno oddzielić finanse publiczne od psychologii państwa. Kraj przyzwyczajony do silnej administracji i rozbudowanych usług publicznych inaczej reaguje na słowo 'oszczędności' niż państwo, w którym zaufanie do państwa od dawna jest niskie. Dla części Francuzów cięcia są atakiem na republikę społeczną. Dla innych brak cięć jest dowodem, że elity uciekają przed rzeczywistością.

Europa ma tu kłopot zbiorowy. Chce więcej obronności, więcej inwestycji w przemysł, więcej odporności energetycznej i więcej ochrony obywateli przed kryzysami. Jednocześnie wiele państw weszło w dekadę z długiem wyższym niż przed pandemią. Jeżeli nie odróżnią wydatku inwestycyjnego od wydatku podtrzymującego stary układ, będą coraz częściej wybierać między bezpieczeństwem jutra a spokojem dzisiejszego budżetu.

Francja jest więc ostrzeżeniem nie dlatego, że stoi na progu natychmiastowego załamania. Właśnie przeciwnie: jest wystarczająco silna, żeby przez długi czas unikać dramatycznej sceny. A to bywa najbardziej zdradliwe. System może wyglądać stabilnie, dopóki decyzje są tylko trochę za późne. Potem okazuje się, że każdy kolejny rząd dziedziczy mniej swobody niż poprzedni.