Najłatwiej policzyć podatek, który ma stawkę i rubrykę w deklaracji. Znacznie trudniej policzyć godzinę spędzoną w poczekalni, dzień urlopu na wizytę w urzędzie, trzy przesiadki do lekarza, pięć telefonów na infolinię albo popołudnie poświęcone na poprawianie formularza, którego nikt nie napisał językiem człowieka. A jednak to też jest koszt. Tylko że znika z budżetu państwa i ląduje w życiu obywatela.
Najbiedniejsi płacą czasem najczęściej
Ten podatek od czasu jest wyjątkowo niesprawiedliwy, bo nie wszyscy płacą go tak samo. Osoba z wysokimi dochodami częściej kupi prywatną wizytę, zamówi usługę, zapłaci doradcy, pojedzie samochodem albo wyśle kogoś w swoim imieniu. Osoba z niższymi dochodami częściej zapłaci czasem: czekaniem, wolnym dniem, dojazdem i stresem, że nie może pozwolić sobie na błąd.
Słabe usługi publiczne nie są więc tylko problemem wygody. Są mechanizmem nierówności. Gdy państwo działa wolno, niejasno albo fragmentarycznie, silniejsi uciekają do rozwiązań prywatnych, a słabsi zostają z systemem w pełnej cenie. Tyle że ta cena nie zawsze jest w złotówkach. Często jest w utraconych godzinach, zdrowiu, szansach i spokoju.
Kolejka rozchodzi się po całej rodzinie
Najbardziej widać to w ochronie zdrowia. Termin za kilka miesięcy nie jest tylko datą w kalendarzu. To miesiące niepewności, bólu, pogorszenia stanu, prywatnych wydatków albo kombinowania, kto zawiezie, kto odbierze dziecko, kto zastąpi w pracy. Kolejka medyczna nie kończy się w rejestracji. Rozchodzi się po całej rodzinie.
Podobnie działa transport publiczny. Brak połączenia nie oznacza wyłącznie braku autobusu. Oznacza zawężony rynek pracy, trudniejszy dostęp do lekarza, zależność od rodziny, droższe życie i mniej samodzielności. Mapa może pokazywać, że odległość wynosi piętnaście kilometrów. Dla osoby bez auta ta odległość potrafi oznaczać pół dnia.
Administracja też pobiera podatek od czasu. Każdy formularz, który wymaga podania danych znanych już państwu, każda sprawa odsyłająca obywatela między instytucjami, każda nieczytelna instrukcja i każda awaria systemu przesuwa koszt na człowieka. Obywatel staje się kurierem własnych danych, tłumaczem urzędowego języka i testerem niedopracowanych procedur.
Cyfryzacja nie zawsze oddaje czas
Cyfryzacja miała ten koszt zmniejszyć. Czasem rzeczywiście zmniejsza: dokument w telefonie, wniosek online, automatyczne dane, sprawa bez wizyty w urzędzie. Ale cyfryzacja może też stworzyć nową wersję tego samego problemu. Jeśli system jest nieintuicyjny, wymaga wielu logowań, zawiesza się, ukrywa odpowiedzialność i nie daje prostej pomocy przy błędzie, obywatel nadal płaci czasem, tylko przed ekranem.
Najgorsze jest to, że podatek od czasu rzadko pojawia się w debacie publicznej. Politycy spierają się o wydatki, podatki i deficyt, ale rzadziej pytają, ile godzin obywatele tracą przez źle zaprojektowane usługi. A przecież to są godziny, które mogłyby być pracą, odpoczynkiem, opieką, nauką, snem albo zwykłym życiem.
Ten koszt najmocniej uderza w opiekunów. Rodzic małego dziecka, dorosłe dziecko opiekujące się seniorem, osoba z niepełnosprawnością, samotny senior albo pracownik zmianowy nie mają nieograniczonego zapasu godzin. Dla nich dodatkowa wizyta, dodatkowe zaświadczenie albo dodatkowy dojazd nie są drobną niedogodnością. Są naruszeniem kruchej organizacji dnia.
Tanie państwo bywa drogie poza budżetem
Państwo często usprawiedliwia złą obsługę brakiem pieniędzy. Czasem słusznie: bez ludzi, systemów i infrastruktury usługi nie będą działały dobrze. Ale trzeba uczciwie powiedzieć, że oszczędność w budżecie bywa tylko przerzuceniem kosztu. Jeśli urząd ma za mało pracowników, oszczędza urząd. Jeśli obywatel czeka trzy razy dłużej, płaci obywatel.
To samo dotyczy szkół, sądów, transportu, ochrony zdrowia i pomocy społecznej. Tanie państwo często jest tanie tylko w tabeli. W realnym życiu może być bardzo drogie, bo zmusza ludzi do naprawiania jego braków prywatnym czasem, prywatnymi pieniędzmi i prywatną odpornością psychiczną.
Dobre państwo powinno mierzyć nie tylko to, ile wydało, ale ile czasu oddało obywatelom. Czy sprawę można załatwić raz, bez noszenia dokumentów między instytucjami? Czy formularz da się zrozumieć bez prawnika? Czy termin jest dostępny wtedy, gdy problem jeszcze da się rozwiązać? Czy dojazd do usługi publicznej jest realny dla osoby bez samochodu? Czy system pomaga przy błędzie, czy karze za niego obywatela?
Taki sposób myślenia zmieniłby politykę publiczną. Inwestycja w sprawny urząd nie byłaby kosztem administracji, lecz oszczędnością czasu mieszkańców. Dobry transport nie byłby tylko dopłatą do autobusów, lecz poszerzeniem dostępu do pracy i usług. Krótsza kolejka do lekarza nie byłaby wyłącznie poprawą statystyki, lecz odzyskanym spokojem tysięcy rodzin.
Najmocniejsza obietnica nowoczesnego państwa nie brzmi: wszystko załatwisz w aplikacji. Brzmi: nie będziesz musiał tracić życia na obchodzenie naszych błędów. Państwo, które szanuje obywatela, szanuje jego czas. Bo czas jest jedynym podatkiem, którego nie da się zwrócić po korekcie deklaracji.