Parlament Europejski, Rada UE i Komisja Europejska dostały nagrodę Europejskiego Rzecznika Praw Obywatelskich za EU Law Tracker, narzędzie do śledzenia unijnych prac legislacyjnych. Nagroda brzmi ceremonialnie, ale sama sprawa jest bardziej przyziemna: obywatel, dziennikarz, organizacja społeczna albo firma mają mieć łatwiejszy dostęp do informacji, gdzie znajduje się projekt prawa i jakie dokumenty już powstały.

Od 30 kwietnia 2024 r. pilotażowa wersja narzędzia obejmowała zwykłą procedurę ustawodawczą, czyli główną ścieżkę przyjmowania prawa w UE. Po kolejnych zmianach Law Tracker ma być w pełni operacyjny. Według Rady UE pozwala śledzić proces od początku do końca na osi czasu, z bezpośrednim dostępem do dokumentów i aktualizacjami nowych wydarzeń.

To ważne, bo unijne prawo ma szczególną cechę: jest jednocześnie blisko i daleko. Blisko, bo wpływa na opakowania, dane osobowe, pracę platform, bankowość, transport, energetykę i prawa konsumenta. Daleko, bo proces jego tworzenia bywa trudny do zobaczenia bez znajomości skrótów, procedur i instytucjonalnej mapy Brukseli.

Jawność to nie to samo co dostępność

Przejrzystość nie polega tu tylko na tym, że dokument jest gdzieś publiczny. Publiczne może być też coś, czego prawie nikt nie potrafi znaleźć ani zrozumieć. Różnica między archiwum a narzędziem obywatelskim polega na tym, czy człowiek może zobaczyć ciąg zdarzeń: kto zaproponował projekt, kiedy trafił do instytucji, jakie poprawki się pojawiły, co czeka na decyzję i gdzie są dokumenty źródłowe.

Małe podmioty zyskują najwięcej

Law Tracker ma też znaczenie dla mniejszych redakcji, organizacji branżowych i lokalnych ekspertów. Duże instytucje mają prawników, konsultantów i ludzi od monitoringu regulacji. Mniejsi gracze często dowiadują się o zmianie dopiero wtedy, gdy zaczyna ich dotyczyć. Narzędzie śledzące prawo w jednym miejscu nie wyrównuje wszystkich zasobów, ale skraca dystans do informacji.

W tle jest jeszcze jeden problem: narracja o Unii jako miejscu, w którym decyzje zapadają nie wiadomo gdzie i nie wiadomo przez kogo. Część tej krytyki bywa politycznym uproszczeniem, ale część bierze się z realnej nieczytelności procesu. Jeżeli obywatel widzi tylko końcowy akt prawny, łatwiej uwierzyć, że prawo spadło z nieba albo z biurka anonimowego urzędnika.

Narzędzie samo nie rozwiąże problemu demokratycznego uczestnictwa. Dostęp do informacji nie oznacza jeszcze wpływu na decyzję. Ale bez dostępu do informacji wpływ staje się przywilejem ludzi, którzy znają procedury, mają czas i pieniądze na monitorowanie dokumentów. W tym sensie przejrzystość jest warunkiem sporu, a nie jego zakończeniem.

Dla polskiego czytelnika to ma bardzo konkretny wymiar. Wiele przepisów, o których później dyskutujemy jako o krajowych obowiązkach, zaczyna życie dużo wcześniej w unijnym procesie. Jeśli przedsiębiorca, samorząd albo organizacja społeczna może zobaczyć projekt w trakcie prac, ma szansę przygotować argumenty, dane i uwagi przed końcem gry. Po uchwaleniu prawa zostaje już głównie dostosowanie.

Testem będzie codzienne użycie

Warto też zauważyć, że Law Tracker obejmuje wszystkie języki urzędowe UE. To nie jest drobiazg. Jeśli europejskie prawo ma być rzeczywiście wspólne, nie może być praktycznie dostępne tylko dla tych, którzy swobodnie poruszają się po angielskim języku administracji. Język jest częścią równości dostępu.

Sama oś czasu też jest ważniejsza, niż wygląda. W zwykłej debacie publicznej projekt prawa często zmienia się w serię oderwanych wiadomości: Komisja zaproponowała, Parlament głosował, Rada przyjęła, coś weszło w życie. Brakuje ciągłości. Tracker może pomóc zobaczyć, że regulacja jest procesem z etapami, zwrotami i dokumentami, a nie jednym komunikatem prasowym. To szczególnie przydatne przy sprawach technicznych, które długo dojrzewają poza kamerami.

Największym testem będzie jednak codzienne użycie. Jeśli narzędzie pozostanie stroną, do której zaglądają głównie specjaliści, jego znaczenie będzie ograniczone. Jeśli stanie się punktem odniesienia dla mediów, organizacji społecznych, przedsiębiorców i obywateli, może powoli zmieniać kulturę kontroli prawa: mniej plotki o Brukseli, więcej sprawdzania procesu. Widoczna procedura utrudnia też przerzucanie odpowiedzialności po fakcie i upraszcza publiczne rozliczanie decyzji.

Dobrze działająca demokracja nie polega na tym, że każdy obywatel codziennie czyta projekty rozporządzeń. Polega raczej na tym, że gdy sprawa go dotyczy, ma realną możliwość sprawdzić, gdzie jest decyzja i kto ją kształtuje. EU Law Tracker jest małym narzędziem w bardzo dużym systemie, ale właśnie takie narzędzia decydują, czy system da się kontrolować bez zaproszenia do środka. W epoce podejrzliwości wobec instytucji to może być równie ważne jak sama treść wielu reform.