Think tank Common Wealth zaproponował reformę brytyjskiego rynku energii, w której państwo stałoby się centralnym kupującym prąd od wytwórców i sprzedawało go dalej odbiorcom. Guardian opisał wyliczenia, według których taki model mógłby obniżyć rachunki gospodarstw domowych w Anglii, Szkocji i Walii średnio o około 185 funtów rocznie, a w korzystnych warunkach przynieść dziesiątki miliardów funtów oszczędności w ciągu pięciu lat.

Dlaczego tani prąd nie zawsze daje tani rachunek

Sedno problemu polega na sposobie ustalania ceny hurtowej. Gaz odpowiada tylko za część produkcji prądu, ale bardzo często wyznacza cenę dla całego rynku. Jeżeli elektrownie gazowe są najdroższym źródłem potrzebnym do zbilansowania systemu, ich koszt staje się punktem odniesienia także dla energii z wiatru, atomu czy starszych hydroelektrowni. Konsument widzi więc cenę gazu nawet wtedy, gdy w sieci pracuje dużo tańszych źródeł.

To zjawisko było mniej widoczne w epoce paliw kopalnych, gdy większość systemu miała podobną strukturę kosztów. Stało się jednak politycznie wybuchowe po kryzysach gazowych ostatnich lat. Obywatele słyszą, że odnawialne źródła energii są tanie, a jednocześnie płacą rachunki zależne od surowca, którego cena reaguje na wojny, sankcje, terminale LNG i napięcia na Bliskim Wschodzie.

Państwo jako kupujący energię

Propozycja Common Wealth jest radykalna, bo przesuwa ciężar z rynku krótkoterminowego na publiczne kontrakty. Państwo miałoby zawierać umowy z różnymi typami wytwórców, a elektrownie gazowe pełniłyby rolę strategicznej rezerwy na okresy słabego wiatru, niskiej produkcji słonecznej lub awarii innych źródeł. Cena dla odbiorców miałaby bardziej odzwierciedlać średni koszt całego miksu, a nie koszt najdroższej jednostki w danej godzinie.

Zwolennicy takiego modelu argumentują, że bez głębszej reformy obywatele nie zobaczą pełnych korzyści z transformacji. Jeżeli wiatraki i fotowoltaika obniżają koszt wytwarzania, ale zysk z różnicy zostaje po stronie producentów lub pośredników, społeczna zgoda na inwestycje w OZE może słabnąć. Wysokie rachunki są paliwem dla narracji, że zielona transformacja nie działa, nawet gdy problem leży w konstrukcji rynku.

Krytycy odpowiedzą, że centralny nabywca energii to ryzyko polityzacji cen, błędnych kontraktów i przerzucenia kosztów na budżet. Rynek energii jest skomplikowany, a państwo nie zawsze lepiej od konkurencji wybiera moment inwestycji, poziom ceny i strukturę ryzyka. Zbyt sztywne kontrakty mogą też utrwalić stare technologie albo zniechęcić prywatny kapitał do nowych projektów.

Lekcja także dla Polski

Sprawa ma znaczenie wykraczające poza Wielką Brytanię. W całej Europie rośnie napięcie między obietnicą taniej energii odnawialnej a rachunkami, które nadal zależą od gazu i kosztów sieci. Polska również będzie musiała odpowiedzieć na podobne pytanie: jak projektować rynek, gdy system przechodzi od sterowalnych elektrowni węglowych do miksu OZE, magazynów, gazu, importu i w przyszłości atomu.

Najważniejszy wniosek jest prosty: sama budowa nowych źródeł nie wystarczy. Potrzebne są sieci, magazyny, elastyczny popyt, przejrzyste kontrakty i mechanizm, który pozwoli gospodarstwom domowym faktycznie korzystać z tańszej produkcji. Bez tego politycy będą obiecywać niższe rachunki, a konsumenci będą widzieć głównie kolejną podwyżkę taryf.