W Armenii rozpoczęły się w niedzielę wybory parlamentarne. Uprawnionych do głosowania jest około 2,3 mln osób, a o miejsca w parlamencie rywalizuje 11 partii i dziewięć sojuszy. Ugrupowanie, które chce samodzielnie utworzyć rząd, musi zdobyć co najmniej 54 proc. mandatów. Przy rozdrobnionej scenie politycznej osiągnięcie takiego wyniku może być trudniejsze niż samo zajęcie pierwszego miejsca.

Premier Nikol Paszynian i jego Kontrakt Obywatelski walczą o trzecią kolejną kadencję. Szef rządu przedstawia wybory jako decyzję o dalszej modernizacji państwa i bardziej niezależnej polityce zagranicznej. Jego przeciwnicy zarzucają mu jednak odpowiedzialność za utratę Górskiego Karabachu, pogorszenie relacji z tradycyjnymi instytucjami oraz nadmierną koncentrację władzy.

Co już wiadomo

Najważniejszym konkurentem obozu rządzącego jest Sojusz Karapetiana. Jego lider, biznesmen Samwel Karapetian, od czerwca 2025 roku przebywa w areszcie i jest oskarżony o nawoływanie do siłowego przejęcia władzy. On sam oraz jego zwolennicy uznają postępowanie za motywowane politycznie. Sprawa sprawia, że kampania dotyczy nie tylko programów, ale również zaufania do sądów i instytucji państwa.

Najgłębsza zmiana ostatnich lat dokonała się w polityce zagranicznej. Po utracie kontroli nad Górskim Karabachem i masowym exodusie Ormian z regionu w 2023 roku w Erywaniu wyraźnie osłabło przekonanie, że Rosja pozostaje skutecznym gwarantem bezpieczeństwa. Rząd Paszyniana zaczął ograniczać zależność od Moskwy, pogłębiać relacje z Unią Europejską i szukać nowych partnerów obronnych.

Ten zwrot nie jest jednak pozbawiony ryzyka. Armenia nadal pozostaje gospodarczo i infrastrukturalnie powiązana z Rosją, a jej położenie między Turcją, Azerbejdżanem, Iranem i Gruzją pozostawia niewiele miejsca na gwałtowne ruchy. Zbliżenie z Zachodem nie daje też automatycznie gwarancji bezpieczeństwa porównywalnych z członkostwem w NATO. Wyborcy oceniają więc nie tylko kierunek zmian, lecz także tempo i koszty ich przeprowadzania.

Kampanię dodatkowo zaostrzył konflikt władz z częścią Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego. Paszynian oskarżał jego przedstawicieli o zaangażowanie polityczne, natomiast krytycy premiera widzą w działaniach państwa próbę podporządkowania ważnej instytucji społecznej. W kraju, w którym Kościół jest silnie związany z tożsamością narodową, spór ten może mobilizować wyborców niezdecydowanych.

Pierwszym testem po zamknięciu lokali będzie nie tylko podział mandatów, ale również akceptacja wyniku przez przegranych. Jeżeli żadna siła nie uzyska stabilnej większości, Armenia może wejść w okres negocjacji koalicyjnych i protestów. Od sposobu rozwiązania tego sporu zależy, czy kraj utrzyma dotychczasowy kurs, czy też zacznie ponownie szukać bliższej współpracy z Rosją.