Guardian poinformował o śmierci Alana Greenspana, który kierował Rezerwą Federalną w latach 1987-2006. To okres niezwykły: od krachu giełdowego w 1987 roku, przez boom technologiczny, globalizację finansów, zamachy z 11 września, aż po lata poprzedzające kryzys hipoteczny. Greenspan był jednym z tych urzędników, których nazwisko znały rynki na całym świecie.
Człowiek od spokoju rynków
Jego styl opierał się na przekonaniu, że bank centralny powinien reagować spokojnie, komunikować ostrożnie i unikać gwałtownych ruchów, jeśli nie ma do nich przymusu. Rynki przez lata odczytywały każde jego zdanie jak szyfr. Powstało nawet określenie „Greenspan put”, czyli przekonanie inwestorów, że Fed w razie dużych problemów będzie gotów przyjść z pomocą.
To przekonanie miało dwie strony. Z jednej strony stabilizowało nastroje po szokach i dawało gospodarce czas na odbudowę. Z drugiej mogło zachęcać inwestorów do podejmowania większego ryzyka, skoro spodziewali się, że bank centralny złagodzi konsekwencje najgorszych spadków. Dzisiejsza debata o moral hazard wiele zawdzięcza właśnie tamtej epoce.
Cień kryzysu finansowego
Najmocniejszy cień na dziedzictwie Greenspana rzuca kryzys finansowy z 2008 roku. Choć odszedł z Fedu dwa lata wcześniej, jego krytycy wskazują na lata niskich stóp, deregulacji i zaufania do innowacji finansowych, które pomogły napompować bańkę kredytową. Sam Greenspan po kryzysie przyznawał, że jego wiara w zdolność instytucji finansowych do samokontroli została podważona.
Nie był jednak prostym symbolem błędu. Przez niemal dwie dekady prowadził bank centralny przez okres szybkiego wzrostu, niskiej inflacji i ogromnych zmian technologicznych. Dla wielu ekonomistów był architektem Wielkiego Umiarkowania, czasu, gdy gospodarka USA wydawała się mniej podatna na gwałtowne cykle. Problem w tym, że część tej stabilności okazała się zbudowana na kruchych finansowych fundamentach.
Dzisiejsze banki centralne działają w świecie, który odziedziczył zarówno narzędzia, jak i lęki epoki Greenspana. Po kryzysie 2008 roku Fed, EBC i inne instytucje sięgnęły po luzowanie ilościowe, ogromne bilanse i awaryjne programy płynnościowe. Gdy przyszła pandemia, banki centralne znów stały się ostatnią linią obrony. A potem inflacja przypomniała, że ratowanie gospodarki też ma koszt.
W tym sensie Greenspan pozostaje aktualny, bo jego historia dotyka pytania, które nie znika: ile stabilizacji może dać bank centralny, zanim rynek zacznie traktować stabilizację jak gwarancję? Jeśli inwestorzy wierzą, że po każdym spadku przyjdzie pomoc, rośnie pokusa ryzyka. Jeśli bank centralny nie pomaga, kryzys może wymknąć się spod kontroli. To napięcie jest nierozwiązywalne jednym modelem.
Dla Europy lekcja jest podobna. Europejski Bank Centralny przez lata walczył z deflacją, potem z inflacją, a jednocześnie musiał pilnować stabilności państw zadłużonych. Każda decyzja o stopach procentowych jest dziś nie tylko techniczna, ale polityczna: wpływa na kredytobiorców, budżety, banki, kurs walutowy i nastroje społeczne.
Dla Polski dziedzictwo Greenspana ma bardzo praktyczny wymiar. Społeczeństwo coraz uważniej patrzy na decyzje RPP, raty kredytów, inflację i komunikację banku centralnego. Zaufanie do instytucji nie buduje się samą stopą procentową. Buduje się także przewidywalnością, jakością wyjaśnień i gotowością przyznania, że modele mogą się mylić.
Greenspan zostawił po sobie legendę człowieka, który przez lata uspokajał świat finansów. Ale zostawił też ostrzeżenie: jeśli system zbyt długo nagradza ryzyko i zbyt mocno wierzy w samoregulację, bank centralny może odkryć problem dopiero wtedy, gdy ogień jest już w ścianach.