Brytyjski rząd zapowiedział model wzorowany częściowo na Australii: osoby poniżej 16 lat mają zostać odcięte od dużych platform społecznościowych, a starsze nastolatki mają dostać dodatkowe zabezpieczenia. Według relacji Guardiana plan obejmuje najważniejsze serwisy oparte na publikowaniu treści, algorytmach i interakcji między użytkownikami. Komunikatory takie jak WhatsApp czy Signal nie mają być głównym celem zakazu.

Uzasadnienie rządu nie ogranicza się do ochrony przed pojedynczym typem szkodliwych treści. W dokumentach i wypowiedziach ministrów pojawia się szersza diagnoza: za dużo czasu online, zaburzenia snu, presja porównywania się z innymi, cyberprzemoc, kontakt z dorosłymi nieznajomymi, livestreaming i rosnąca rola chatbotów imitujących relacje emocjonalne. To próba przesunięcia debaty z pytania „czy dziecko widziało coś zakazanego” na pytanie, czy platforma jest zdrowym środowiskiem dorastania.

Regulator dostanie najtrudniejsze zadanie

Największy ciężar spadnie na Ofcom, czyli brytyjskiego regulatora mediów i internetu. To on ma określić, co w praktyce oznacza „wysoce skuteczne” potwierdzanie wieku, które jednocześnie nie zamienia korzystania z sieci w system masowej identyfikacji. W grze są różne metody: szacowanie wieku na podstawie twarzy, dokumenty tożsamości, portfele cyfrowe, dane operatorów płatniczych albo weryfikacja na poziomie urządzenia.

Każde rozwiązanie ma słaby punkt. Sprawdzanie dokumentów zwiększa ryzyko wycieku danych i wyklucza część użytkowników. Szacowanie wieku twarzą może mylić się przy dzieciach rozwijających się szybciej lub wolniej od rówieśników. Weryfikacja na poziomie systemu operacyjnego przenosi władzę do Apple, Google i Microsoftu, a więc do tych samych wielkich firm, które państwo chce mocniej kontrolować.

Zakaz nie zatrzyma obchodzenia zasad

Nie jest też pewne, czy dzieci po prostu nie przeniosą się gdzie indziej. Badania nad podobnymi regulacjami w Australii pokazują, że młodzi użytkownicy szybko uczą się omijania ograniczeń: korzystają z kont rodziców, VPN-ów, mniej znanych platform albo komunikatorów, które formalnie nie są objęte zakazem. Prawo może więc ograniczyć dostęp do największych aplikacji, ale niekoniecznie ograniczy samo ryzyko cyfrowe.

W brytyjskiej debacie silny jest też głos organizacji wspierających dzieci z niepełnosprawnościami. Dla części młodych osób internet nie jest wyłącznie źródłem rozproszenia, lecz miejscem znajdowania społeczności, wzorców i poczucia normalności. Zakaz, który nie rozróżnia biernego przewijania od realnego wsparcia społecznego, może uderzyć właśnie w tych, którzy najmocniej potrzebują bezpiecznych kontaktów.

Firmy technologiczne będą broniły się argumentem, że lepsze są ustawienia rodzicielskie, narzędzia kontroli czasu i ochrona na poziomie urządzeń niż pełny zakaz. Ten argument jest wygodny dla platform, ale nie jest całkiem bezpodstawny. Jeżeli regulacja zmusi dzieci do ukrywania aktywności przed dorosłymi, rodzice i szkoły mogą stracić część wglądu w to, co naprawdę dzieje się w cyfrowym życiu nastolatków.

Brytyjska decyzja będzie obserwowana w całej Europie, także w Polsce. Jeżeli Londynowi uda się połączyć realną ochronę dzieci z prywatnością i rozsądną egzekucją, podobne projekty wrócą w innych krajach. Jeżeli skończy się falą obchodzenia przepisów, wyciekami danych lub chaosem prawnym, zakaz stanie się ostrzeżeniem, że problemy społeczne nie znikają tylko dlatego, że wpisano je do ustawy.