Associated Press opisuje zjawisko nazwane China Shock 2.0. Chiny mimo amerykańskich ceł nadal zwiększają eksport, ale zmieniają kierunek sprzedaży. Skoro rynek USA jest częściowo zamknięty, większy strumień towarów trafia do Europy i Azji. Dla Unii Europejskiej to szczególnie trudne, bo jej taryfy są co do zasady niższe niż amerykańskie, a jednocześnie europejski przemysł ma wysokie koszty energii, pracy i regulacji.
Pierwszy chiński szok po wejściu Chin do WTO uderzał głównie w klasyczne fabryki: tekstylia, meble, prostą elektronikę, produkcję opartą na niskich kosztach. Drugi jest groźniejszy politycznie, bo dotyczy branż, które miały być odpowiedzią Zachodu na przyszłość: elektromobilności, baterii, zaawansowanych maszyn, komponentów do centrów danych i robotyki.
Według AP chiński globalny nadwyżkowy bilans handlowy osiągnął rekordową skalę, a eksport do Unii Europejskiej wzrósł w pierwszych miesiącach roku wyraźnie rok do roku. To pokazuje mechanizm nadprodukcji: chińska gospodarka wciąż mocno opiera się na przemyśle, subsydiach, tanim finansowaniu i eksporcie, podczas gdy konsumpcja wewnętrzna pozostaje relatywnie słaba.
Od taniej produkcji do technologii strategicznych
Dla Europy problem nie polega wyłącznie na tym, że chińskie produkty są tańsze. Problem polega na tym, że są coraz częściej dobre, technologicznie konkurencyjne i produkowane w ogromnej skali. Jeżeli europejska firma przegrywa z ceną i tempem produkcji jednocześnie, sama polityka jakości przestaje wystarczać.
Najbardziej symboliczny jest sektor samochodowy. Europa przez dekady budowała siłę gospodarczą na autach, maszynach i chemii. Dziś chińskie koncerny wchodzą w samochody elektryczne, baterie i łańcuch dostaw z agresją, której europejscy producenci nie mogą zlekceważyć. Niemcy, dotąd beneficjent handlu z Chinami, widzą, że relacja zaczyna się odwracać.
Unia Europejska ma kilka możliwych odpowiedzi. Może podnosić cła na wybrane produkty, tak jak zrobiła to z chińskimi autami elektrycznymi. Może przyspieszać własne inwestycje przemysłowe. Może też próbować wspólnego frontu z USA i innymi partnerami G7. Każda droga ma koszt. Zbyt miękka reakcja grozi utratą produkcji; zbyt ostra może wywołać odwet i podnieść ceny dla konsumentów.
Największy spór będzie dotyczył tego, czy Europa potrafi być selektywnie protekcjonistyczna. Hasło „kupuj europejskie” brzmi atrakcyjnie, ale w praktyce wymaga definicji: które sektory są strategiczne, kto dostaje wsparcie, jak uniknąć marnowania pieniędzy i jak nie zamienić ochrony przemysłu w ochronę słabych modeli biznesowych.
Polska między konsumentem a fabryką
Polska jest w tym sporze w niejednoznacznym miejscu. Z jednej strony może korzystać na przenoszeniu części produkcji bliżej Europy i na rozwoju komponentów dla przemysłu. Z drugiej jest częścią rynku, na który trafiają tańsze towary. Dla konsumenta to bywa korzyść. Dla pracownika fabryki i dostawcy przemysłowego może oznaczać presję płacową lub utratę zamówień.
Drugi chiński szok może też ujawnić słabość europejskiego sposobu podejmowania decyzji. Chiny działają szybko, USA odpowiadają cłami i subsydiami, a Unia często najpierw uzgadnia procedurę, potem strategię, a dopiero na końcu narzędzia. W spokojnych czasach to chroniło przed pochopnością. W czasie przemysłowej rywalizacji może być zbyt wolne.
Nie chodzi o to, by Europa zamknęła się na handel. Otwarte rynki były jednym ze źródeł jej dobrobytu. Chodzi o to, by nie mylić otwartości z bezbronnością. Jeżeli druga fala chińskiej ekspansji przemysłowej dotyczy technologii, które zdecydują o zatrudnieniu i bezpieczeństwie gospodarczym, odpowiedź musi być bardziej precyzyjna niż kolejne komunikaty o konkurencyjności.