Międzynarodowa Agencja Energetyczna zwróciła uwagę, że globalny wskaźnik dostępu do elektryczności zatrzymał się w 2024 r. na poziomie 92 proc. Sama liczba brzmi uspokajająco, dopóki nie przeliczy się brakujących ośmiu procent na ludzi. To 655 mln osób, czyli populacja większa niż cała Unia Europejska z dużym marginesem. W debacie o energii procent bywa elegancki; liczba ludzi jest znacznie mniej wygodna.
Procent brzmi dobrze, liczba ludzi już nie
Największy ciężar tej luki przypada na Afrykę Subsaharyjską. Według danych przywołanych przez IEA ponad 560 mln osób w regionie nie ma dostępu do elektryczności, a około 970 mln nie ma dostępu do czystych metod gotowania. To oznacza, że problem energii nie jest tam wyłącznie sprawą rozwoju gospodarczego. Jest sprawą zdrowia, edukacji, bezpieczeństwa kobiet, pracy po zmroku i możliwości prowadzenia małego biznesu.
Drugi wymiar kryzysu jest mniej spektakularny niż brak światła, ale często groźniejszy w codziennym życiu. Około 2 mld ludzi na świecie wciąż korzysta z zanieczyszczających paliw i technologii do gotowania. IEA wskazuje, że zanieczyszczenie powietrza w gospodarstwach domowych wiąże się z około 3 mln przedwczesnych zgonów rocznie. Kuchnia, która w jednym kraju jest miejscem rodzinnego rytuału, w innym może być miejscem powolnego ryzyka zdrowotnego.
Średnia ukrywa przepaść
Tu widać, dlaczego mówienie o transformacji wyłącznie językiem gigawatów jest za wąskie. Globalnie odnawialne źródła przekroczyły 30 proc. zużycia energii elektrycznej, a moc OZE przypadająca na mieszkańca sięga 544 watów. To ważny sukces technologiczny. Ale średnia globalna ukrywa przepaść: w krajach o niskich dochodach moc odnawialna przypadająca na osobę wynosi 33,6 wata, podczas gdy w krajach o wysokich dochodach 1224 waty. To ponad 36 razy więcej.
Jeżeli w jednym kraju dyskusja dotyczy tego, jak zbilansować sieć przy nadmiarze słońca w południe, a w drugim tego, czy szkoła będzie miała oświetlenie, to nie jest ta sama polityka energetyczna. Można używać tych samych słów: transformacja, bezpieczeństwo, sieć, inwestycje. Znaczą jednak coś innego w zależności od punktu startu.
Różnica między miastem a wsią pokazuje to jeszcze mocniej. Według IEA dostęp do czystego gotowania wynosi 89 proc. w miastach i 56 proc. na obszarach wiejskich. Ta luka nie jest abstrakcyjną nierównością terytorialną. Ona decyduje o tym, czy dziecko odrabia lekcje przy świetle, czy punkt medyczny przechowuje szczepionki, czy przedsiębiorca może używać narzędzi wymagających stabilnego zasilania.
Kapitał omija najtrudniejsze miejsca
Najbardziej kłopotliwa jest dynamika. IEA pisze, że tempo elektryfikacji musiałoby się potroić, aby osiągnąć powszechny dostęp do energii do 2030 r. Jednocześnie deficyt elektryfikacji na terenach wiejskich Afryki Subsaharyjskiej wzrósł z 376 mln osób w 2010 r. do 447 mln w 2024 r. To nie jest tylko opóźnienie; to znak, że demografia i infrastruktura idą w różnych tempach.
Pieniądze również nie płyną tam, gdzie luka jest największa. Międzynarodowe finansowanie czystej energii dla krajów rozwijających się wyniosło w 2024 r. 24,6 mld dol., ale do krajów najsłabiej rozwiniętych trafiło 3,7 mld dol., o 11 proc. mniej niż rok wcześniej. Innymi słowy, globalny kapitał energetyczny potrafi lubić transformację, ale niekoniecznie tam, gdzie jest najtrudniejsza, najbiedniejsza i najbardziej podstawowa.
Dla Europy to nie jest odległa statystyka humanitarna. Jeżeli setki milionów ludzi będą wchodziły w XXI wiek bez stabilnej energii, świat będzie miał większą presję migracyjną, większą podatność na konflikty, słabsze rynki i trudniejszą rozmowę klimatyczną. Trudno wymagać od kraju ograniczania emisji w stylu bogatego świata, jeżeli część jego obywateli wciąż nie ma prądu w domu.
Dane IEA przypominają więc o prostym rozróżnieniu: dekarbonizacja i dostęp do energii muszą iść razem, ale nie są tym samym. Bogaty świat może pytać, jak obniżyć emisje istniejącego systemu. Biedniejszy często pyta najpierw, jak w ogóle system zbudować. Prawdziwa transformacja zaczyna się wtedy, gdy oba pytania są traktowane poważnie i gdy inwestycja w sieć jest traktowana jak inwestycja w szkołę, zdrowie oraz pracę.
W polskiej debacie warto z tego wyciągnąć także lokalną lekcję. Dostęp do energii nie kończy się na kablu w ścianie. Kończy się dopiero wtedy, gdy prąd jest stabilny, cena nie wypycha ludzi z normalnego życia, a infrastruktura nadąża za potrzebami. Światowy problem 655 mln osób bez elektryczności jest skrajny, ale jego cień pokazuje, że energia jest fundamentem, a nie dodatkiem do rozwoju.