Inflacja jest jedną z najbardziej osobistych statystyk publicznych. Stopa bezrobocia może być abstrakcyjna, dopóki ktoś nie traci pracy. PKB może wydawać się odległe, dopóki nie przekłada się na płace. Ale ceny każdy sprawdza sam: w sklepie, przy rachunku za energię, na stacji benzynowej, w czynszu, w aptece i w ratach usług.
Średnia jest prawdziwa, ale nie jest twoim rachunkiem
Właśnie dlatego oficjalny odczyt inflacji bywa przyjmowany z nieufnością. Jeśli wskaźnik mówi, że ceny rosną wolniej, a domowy rachunek nadal boli, człowiek ma poczucie, że ktoś próbuje mu wmówić inną rzeczywistość. Tyle że problem często nie polega na tym, że wskaźnik jest fałszywy. Problem polega na tym, że wskaźnik jest średnią, a życie nie jest średnie.
Koszyk decyduje o doświadczeniu
CPI, czyli wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych, opiera się na koszyku dóbr i usług. Poszczególne kategorie mają w nim wagi, bo przeciętne gospodarstwo wydaje więcej na jedne rzeczy, mniej na inne. Jeżeli żywność, energia albo najem mają duży udział w twoim budżecie, twoje doświadczenie inflacji może być znacznie ostrzejsze niż doświadczenie kogoś, kto większą część dochodu przeznacza na inne kategorie.
To tłumaczy część społecznych nieporozumień. Senior częściej zwraca uwagę na leki, żywność, ogrzewanie i opłaty mieszkaniowe. Rodzina z dziećmi widzi ceny edukacji, transportu, ubrań, żywności i usług. Osoba spłacająca kredyt patrzy na koszt pieniądza inaczej niż ktoś bez długu. Kierowca inaczej reaguje na paliwo niż mieszkaniec dużego miasta korzystający z transportu publicznego.
Oficjalna inflacja może więc mówić prawdę o przeciętnej zmianie cen, a jednocześnie nie oddawać prawdy konkretnego portfela. To napięcie jest ważne, bo politycy często wykorzystują je w dwie strony. Jedni mówią: „statystyka pokazuje, że jest dobrze”, ignorując domowe koszty. Drudzy mówią: „ludzie czują inaczej, więc statystyka jest kłamstwem”, ignorując metodologię.
Najuczciwsza odpowiedź leży pośrodku. Wskaźnik inflacji jest potrzebny, bo bez wspólnej miary nie da się prowadzić polityki pieniężnej, negocjować płac ani porównywać okresów. Ale obok niego warto patrzeć na inflację odczuwaną przez różne grupy: najemców, rodziny wielodzietne, emerytów, gospodarstwa wiejskie, osoby dojeżdżające samochodem i ludzi o niższych dochodach.
Spadek inflacji nie cofa cen
To szczególnie ważne przy spadku inflacji. Spadek wskaźnika nie znaczy, że ceny wróciły do poziomu sprzed wzrostów. Zwykle znaczy tylko, że rosną wolniej. Jeżeli chleb, energia, czynsz albo usługi podrożały wcześniej mocno, niższy odczyt inflacji nie cofa rachunku. Dlatego ludzie mogą słyszeć dobre dane i nadal nie czuć ulgi.
Bank centralny patrzy na inflację w logice całej gospodarki. Musi oceniać presję cenową, oczekiwania inflacyjne, płace, kurs walutowy, energię i popyt. Gospodarstwo domowe patrzy inaczej: czy starcza do końca miesiąca, czy można kupić to samo, czy trzeba rezygnować z usług, czy podwyżka płacy została zjedzona przez ceny. Oba spojrzenia są prawdziwe, ale odpowiadają na inne pytania.
Dobre dziennikarstwo ekonomiczne powinno więc robić coś więcej niż podawać odczyt. Powinno tłumaczyć, co jest w koszyku, które ceny ciągną wskaźnik, które grupy odczuwają zmianę najmocniej i czy spadek inflacji oznacza realną ulgę, czy tylko wolniejsze pogarszanie wcześniejszego rachunku. Dopiero wtedy liczba staje się narzędziem rozumienia, a nie amunicją w sporze.
Dobrym przykładem jest mieszkanie. Dla osoby, która ma własne lokum bez kredytu, wzrost czynszów najmu może być odległą informacją. Dla najemcy w dużym mieście to jedna z głównych pozycji budżetu. Ten sam wskaźnik inflacji może więc wyglądać spokojniej niż rzeczywistość człowieka, którego największy koszt rośnie szybciej niż przeciętna.
Podobnie działa energia. Jeśli ktoś mieszka w dobrze ocieplonym mieszkaniu, ma krótki dojazd i korzysta z transportu publicznego, wzrost cen paliw może być mniej dotkliwy. Dla gospodarstwa w słabo ocieplonym domu i z koniecznością codziennych dojazdów samochodem energia oraz paliwo są innym doświadczeniem ekonomicznym. Statystyka uśrednia te światy.
Dlatego dobra rozmowa o inflacji powinna coraz częściej przypominać rozmowę o mapie kosztów życia. Nie chodzi tylko o to, czy wskaźnik wyniósł określoną wartość. Chodzi o to, które grupy znalazły się pod największą presją, czy mają możliwość zmiany zachowań i czy polityka publiczna pomaga im w kosztach, na które realnie mają wpływ.
Właśnie dlatego rozmowa o inflacji powinna być bardziej empatyczna i bardziej techniczna jednocześnie. Empatyczna, bo doświadczenie kosztów jest realne nawet wtedy, gdy nie pasuje do nagłówka. Techniczna, bo bez metodologii łatwo zamienić frustrację w dowolną opowieść, której nie da się sprawdzić.